Serce Jezusa, z którego pełni wszyscyśmy otrzymali…

W Ewangelii znajdujemy bardzo wiele znaczących słów Jezusa, które wyznaczają rytm chrześcijańskiego życia. Weszły do języka obiegowego, stały się wyzwaniem dla człowieka, impulsem do naśladowania Mistrza z Nazaretu w konkretnych postawach. Są również takie momenty w Ewangelii, które tylko na pozór są jakimś wtrąceniem, jakby informacją podaną przy okazji, mimochodem, ale po głębszym zastanowieniu, skonfrontowaniu z panującymi w czasach Jezusa konwenansami kulturowymi, ukazują Chrystusa w nowatorskim świetle.

Wystarczy otworzyć Ewangelię św. Łukasza, a w jej ósmym rozdziale możemy odnaleźć konkretny przykład Jezusowej postawy, niewątpliwie wyprzedzającej epokę, w której żył. „Następnie wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia” (Łk 8,1-3). Patrząc z punktu widzenia współczesnego człowieka, nie ma nic nadzwyczajnego w informacji, którą podaje Łukasz Ewangelista. Za Jezusem podążają Jego uczniowie i parę kobiet, które wspierają grono apostolskie. A jednak w tamtych czasach było to czymś nie do pomyślenia, aby kobiety pozostawiały swoje domy, żeby podążać za jakimś Nauczycielem, choćby najbardziej złotoustym. Co więcej, mogło to zakrawać na skandal. Słuchać Mistrza oczywiście można, ale towarzyszyć Mu? To było czymś niewyobrażalnym.

A jednak Jezus był otwarty na taką inicjatywę. Budując Kościół, chciał, aby byli w Nim i mężczyźni, i kobiety. Łaskę zbawienia ma dla wszystkich. Dobrą nowinę ma dla wszystkich. Swoją obecnością obdarza wszystkich. Jezus rzeczywiście ma Serce, z którego wszyscy otrzymują łaskę, a tej łaski, ba, tego Serca, nie są w stanie zamknąć czy powstrzymać jakieś ramy, ludzkie konwenanse, odniesienia czy role społeczne. Warto, abyśmy pamiętali o tym wtedy, gdy myślimy o Kościele, bo w pierwszej wspólnocie uczniów było miejsce dla wszystkich. Ograniczać ją mogła najwyżej ludzka wolność, możliwość powiedzenia Bogu „nie”. Przecież pośród Chrystusowych uczniów byli i tacy, którzy odchodzili, bo nie zostały spełnione ich oczekiwania, tak różne od Bożych myśli. Konkretny przykład opisywanej przez nas sytuacji znajdujemy w końcówce szóstego rozdziału Ewangelii według św. Jana. Pytanie skierowane do grona apostolskiego: „Czyż i wy chcecie odejść?”, nie było bezpodstawne. Wysoka poprzeczka moralna, całkowite zaufanie wobec wymagań Mistrza z Nazaretu, kultura Jego Serca mierzona praktyką miłości, to wszystko wprawiało i wciąż wprawia niektórych w zakłopotanie, którego ostatecznym następstwem jest rezygnacja, odejście.

Można jednak próbować odnaleźć w ewangeliach pewne symptomy determinujące relację Jezusa ze swoimi uczniami i wcale nie trzeba postrzegać tego w sposób negatywny. Kluczem takiej determinacji mogą być słowa pochodzące z Księgi Rodzaju: „Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę”. (Rdz 1,27). Wszyscy są równi w przyjmowaniu zbawienia, które głoszone jest również przez słowo. Jednak bycie mężczyzną i kobietą w jakiś sposób może decydować o tym, jak orędzie ewangeliczne będzie przyjmowane, co w nim będzie się wysuwało na pierwsze miejsce. Różnorodność mężczyzny i kobiety w sposobie podchodzenia do otaczającego świata ma ogromne znaczenie także w dziedzinie uzyskania jego całkowitego obrazu. Jezus również dostrzega te odmienne cechy geniuszów kobiety i mężczyzny, bywa, że je eksponuje, odwołując się przy tym do ich przeciwnych natur. Przykład kobiety z zagubioną drachmą, której starannie szuka, a kiedy już ją znajdzie, sprasza sąsiadki, by cieszyły się z nią odnalezieniem tego, co zagubiła (Łk 15,8-10). Nieustępliwość Kananejki, albo inaczej Syrofenicjanki (Mk 7,24-30), w uzyskaniu konkretnej łaski (Mt 15,21-28), która, odważnie wchodząc w dialog z Jezusem, nie zrażając się chłodem milczenia, niejako „przezwycięża” Serce Mistrza swoją „wielką wiarą”. Na podstawie pragnień obecnych w kobiecym sercu pomaga zagubionej Samarytance odkryć to, co najważniejsze w życiu (J 4,1-42). Łzy Marii i Marty po stracie brata wprowadzają również i Jego w stan wzruszenia (J 11,1-44). W pewnym stopniu rozumie troskę matki synów Zebedeuszowych, którzy poniekąd wciągają ją w realizację swoich wielkich ambicji bycia po prawej i lewej stronie Chrystusa w królestwie niebieskim (Mt 20,20-23). Przemawia do niego także ból wdowy z Nain żegnającej swego syna (Łk 7,17-17). Wybiera też ubogą wdowę, jako wzór prawdziwej ufności Bogu, na nauczycielkę dla swoich uczniów (Mk 12,41-44). Wreszcie obiera właśnie kobiety jako zwiastunki swojego zmartwychwstania i przekazuje im sprawę świadectwa o tym wobec zalęknionych uczniów (Mt 28,9-10). Niewątpliwie także i w tym względzie korzysta z geniuszu kobiety i jej serca.

Prośba o owoc kontemplacji: Będziemy prosić o łaskę odkrycia Eucharystii jako najważniejszego miejsca objawienia się Jezusa Zmartwychwstałego. Będziemy też prosić o głębokie doświadczenie Kościoła jako braterskiej wspólnoty uczniów Jezusa.

Wtedy otworzyły się im oczy

Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Jednym z najczęstszych miejsc spotkania Jezusa z ludźmi (w Ewangelii Łukasza) są posiłki. Jezus nie gardzi żadnym zaproszeniem do stołu. Siada do wspólnego posiłku zarówno z najuboższymi, jak też z bogatymi faryzeuszami. Chętnie posila się także u przyjaciół. Wspólne posiłki – to ulubiony sposób przebywania Jezusa z ludźmi.

W Biblii wspólny posiłek jest nie tylko miejscem zaspokojenia głodu, ale również wyraża jedność i komunię. Faryzeusze odrzucają wspólnotę stołu z grzesznikami i celnikami, gdyż odrzucają możliwość jakiejkolwiek jedności z nimi. Jezus natomiast, w przeciwieństwie do faryzeuszów, pozwala się wszystkim zaprosić do stołu. Chętnie jada z grzesznikami i celnikami, jak też z wrogimi sobie faryzeuszami i saduceuszami. Jezus nikogo nie wyklucza ze wspólnoty stołu. Z wszystkimi pragnie nawiązać głęboką intymną więź.

Także i teraz pozwala Jezus zaprosić się do stołu dwom uczniom, którzy pod koniec dnia dotarli wreszcie do Emaus. Po długiej interesującej rozmowie wspólny posiłek miał być miłym i pięknym zakończeniem dnia. Ale uczniów czekała jeszcze jedna, tym razem największa niespodzianka.

 

Przygodny Wędrowiec, choć był tylko zaproszonym gościem, siadając do stołu nagle przemienił się w gospodarza i zaczyna spełniać rolę pana domu. Tworzy wokół swojej osoby wspólnotę stołu. Zająwszy miejsce za stołem wykonuje cztery czynności: bierze chleb, odmawia błogosławieństwo, łamie go i podaje uczniom. Te same cztery czynności wykonuje Jezus w czasie cudu rozmnożenia chleba: On wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo i odmówiwszy nad nimi błogosławieństwo, połamał i dawał uczniom, aby podawali ludowi (Łk 9, 16). W czasie ustanowienia Eucharystii w Wieczerniku Jezus również wziął chleb, odmówiwszy dziękczynienie, połamał go i podał uczniom mówiąc: To jest Ciało moje (Łk 22, 19). Te właśnie gesty prawdopodobnie dobrze znane uczniom, otworzyły im oczy.

I nagle uświadomili sobie, że Ten, który im towarzyszył przez kilka godzin, jest dobrze im znanym Człowiekiem; Tym, który sprawił im tyle radości i nadziei w życiu, jak też tak wiele cierpienia i bólu. I znowu kolejne zaskoczenie: w momencie, kiedy Go poznali On zniknął im z oczu. Ale to zaskoczenie nie sprawiło im bólu. Było ono dla uczniów oczywiste. Odzyskawszy mądrość serca szybko zrozumieli przyczyny swojego smutku i braku nadziei. Zniknięcie Jezusa nie było dla nich przykre, ponieważ zrozumieli, że teraz – po Zmartwychwstaniu – jest obecny wśród nich, ale w zupełnie inny sposób. Uczniowie zrozumieli także, że sam sposób obecności Jezusa nie jest ważny, ważny natomiast jest sam Jezus, fakt, że On żyje.

W niniejszej kontemplacji prośmy uczniów idących do Emaus, aby zaprosili nas do udziału w ich wielkiej spontanicznej radości. Chciejmy wczuć się w ich przyjemne zaskoczenie. Przyjemne zaskoczenie uczniów jest owocem ich zaufania Nieznajomemu, uważnego słuchania Jego słów, uległości wobec Ducha działającego w nich. Za wstawiennictwem uczniów idących do Emaus prośmy o wielką wiarę, iż Pan Bóg będzie nas bardzo przyjemnie zaskakiwał w naszym życiu, jeżeli pozwolimy Mu się prowadzić. Najtrudniejsze momenty naszego życia mogą, dzięki Jego łasce i Jego prowadzeniu, stać się czasem Jego wielkich Bożych niespodzianek.

Łamanie chleba – miejsce rozpoznania Jezusa Zmartwychwstałego

Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. Eucharystia jest dla uczniów ostatecznym miejscem pełnego rozpoznania Jezusa Zmartwychwstałego. To, co przeczuło ich serce, zostało odsłonięte przed nimi w czasie łamania chleba – w Eucharystii. Rozmowy prowadzone z przygodnym Wędrowcem, słuchanie wyjaśnień Pisma, trwanie w Jego obecności przygotowują do rozpoznania Go po łamaniu chleba. Eucharystia jest szczytowym momentem długiej wędrówki Jezusa z uczniami. Jezus rozpoznany przez uczniów, znika im z oczu. Nie jest On już trzecią osobą zasiadającą przy stole. Jego obecność nabiera zupełnie innego charakteru, innego wymiaru. Jego obecność przekracza całą ziemską rzeczywistość. Uczniowie nie mogą nawiązać z Nim kontaktu materialnego. Ale Jego obecność jest jednak rzeczywista, żywa; jest to obecność poprzez znaki, wśród których Słowo Boże i Eucharystia są najważniejsze.

Jednym z ważnych warunków owocnego uczestniczenia w Eucharystii jest dobre przygotowanie się do niej. Trudno jest nam nieraz uczestniczyć w Eucharystii, jeżeli wpadamy na nią (może czasami nawet z pewnym opóźnieniem) jakby wprost z ulicy, nierzadko pełni wewnętrznego gwaru, chaosu i pośpiechu. Być może nie zawsze nas stać na jakiś szczególny czas samotności i ciszy przed Mszą Świętą, aby móc skoncentrować się tylko na przygotowaniu do niej. I nie jest to może zawsze konieczne. Trwając pośród naszych zajęć i codziennych czynności, możemy przygotowywać nasze serce do uczestnictwa w Eucharystii powracając pamięcią i sercem do spotkania, które nas czeka. Jak człowiek zakochany często powraca sercem do ukochanej(ego) i myśli o zaplanowanym spotkaniu, choć zajmuje się wielu innymi sprawami, tak i my możemy przygotowywać się do Eucharystii będąc jednocześnie pogrążeni w naszej codzienności.

Te ewangeliczne przykłady mogą rzucać światło na obecność i miejsce kobiety w Kościele. W perspektywie łaski zbawienia wszyscy jesteśmy równi. Słowo Boże, caritas, rozumiane jako praktyka przykazania miłości, jest dla wszystkich, sakramenty również są dla wszystkich. Powołanie do świętość jest wyzwaniem dla każdego człowieka. Jedynie w sposobie realizacji tego powołania trzeba uwzględniać osobiste dary, talenty, charakterystyczne cechy związane między innymi z byciem mężczyzną czy kobietą, z wszelkimi wrażliwościami, odpowiadającym takim dążeniom. Nieporozumieniem byłoby, gdyby nie uwzględniać na drodze świętości specyficznych cech kobiety czy mężczyzny. Wszak jest to bogactwo, a nie, jak niektórzy chcieliby to dzisiaj widzieć, jako naznaczone kulturowo ograniczenia. W świętości chodzi o zaangażowanie całego geniuszu, który odczytujemy w sobie. Jest on błogosławieństwem, a nie ograniczającym człowieka „przekleństwem”, które nie pozwala na realizację powołania w taki sposób, w jaki samemu by się pragnęło. Wydaje się, że na bazie takiego sposobu myślenia mogą wyrastać postulaty o dopuszczania kobiet do święceń kapłańskich, co nie jest zgodne z tradycją Kościoła. Brak przyjmowania święceń w niczym nie umniejsza kobiety i jej zdolności do budowania relacji z Bogiem. Ona jest i będzie inna, będzie też w perspektywie zbawczej mieć inne zadania, a jej kobiecy geniusz może być i jest wykorzystywany w Kościele. Trzeba nam pamiętać, że wolę Boga się przyjmuje, a nie tworzy wedle własnych prawideł. Jeśli się ją po swojemu chce kreślić i to przy pomocy ludzkiego poczucia sprawiedliwości, wtedy łatwo wpaść w pułapkę fikcji, która niejednego poprowadziła na manowce życia i myślenia.

Jakie więc jest, a przynajmniej powinno być miejsce kobiety w Kościele dzisiaj? Niewątpliwie, takie samo jak w rodzinie, w której nie bez znaczenia są jej atrybuty kobiecości, mierzone delikatnością, głębszym przeżywaniem uczuciowym, zwłaszcza jedyną w swoim rodzaju zdolnością bycia siostrą, a nade wszystko matką. Na tym fundamencie można budować prawdziwą świętość. I tak jak w sercu ojca, córka ma szczególne, wyjątkowe, ale sobie właściwe miejsce, tak również powinno być i w Kościele. W Sercu Kościoła kobieta może być miłością, jak św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Ma ku temu wszelkie naturalne dary. Resztę może czerpać z Jezusowego Serca, hojnego przecież dla wszystkich, którzy go wzywają.